ciężkich konarów

W owym stawaniu się drzewem ciężkim od konarów, stwardniałym od sęków i o zmarszczonej korze, jak gdyby czas namaścił już pergamin moich palców, a stawszy się sobą stałem się zarazem odpornym na rany.

I mówiłem sobie, że kogoś, kto tak się postarzał, żaden tyran nie mógłby zastraszyć odorem tortur, przypomi­nającym odór skwaśniałego mleka, i że nie potrafiłby w nim niczego zmienić, albowiem cale życie wlecze się za nim jak podarty płaszcz przewiązany tylko jednym sznur­kiem. Ja także mam już swoje miejsce w ludzkiej pamięci. I żadne zaparcie się moje nie miałoby teraz żadnego znaczenia.

I przyszła mi także pociecha w myśli, że opadły już ze mnie pęta, jak gdyby moje stwardniałe ciało przemieniło się w materię niewidzialną i w skrzydła. I jak gdybym – naresz­cie zrodzony z siebie samego – przechadzał się razem z archaniołem, którego od tak dawna szukałem. Jak gdy­bym, odrzucając starą powłokę, objawiał się nagle zdumie­wająco młody. A w tej młodości nie było zapału ani pożądania, ale jakaś niezwykła pogoda ducha. Była to młodość otwierająca się na wieczność, nie zaś taka, która u zarania życia otwiera się na jego zamęt.

Leave a Comment

Please note: Comment moderation is enabled and may delay your comment. There is no need to resubmit your comment.